W pewnym mieście, na podwórzu, było mnóstwo kotów kurzu.
I zebrali się mieszkańce wokół kurzu jak szarańcze
pokrzykując: „wielkie nieba, jak się kurzu pozbyć trzeba?”
„Może miotłą i szufelką sprzątać kurzu kupę wielką?”
„Może odkurzaczem złapać? Wtedy kurz przestanie latać.”
„Trzeba brudy wodą zalać, kurz przestanie wnet się walać.”
„Albo zdeptać butem. Hej! Wtedy kurzu będzie mniej.”
„Ogień wzniećmy na podwórzu, niech wypali koty kurzu.”
Radzą, sądzą, przekrzykują i złorzeczą, na kurz plują.
Dołączyły także Dzieci, myśląc, jak się pozbyć śmieci:
„Ja przyjadę na koparze, na wywrotkę kurz przekażę.”
„Ja przyniosę plastelinę plasteliną kurz owinę.”
„A ja taczkę swą przywiozę i na taczce kurz wywiozę.”
I pomysły wciąż padają, Dzieci ich na pęczki mają:
żeby kurz zasypać w ziemi; by nawrzucać nań kamieni;
by odesłać w kosmos kurz, po problemie będzie już;
może czas go zaczarować, kurz się zacznie wtedy chować;
aby kurz nie urósł wielki niech wydziobią go wróbelki.
Pomysł za pomysłem leci, myślą Starzy, myślą Dzieci.
Aż tu nagle z zaskoczenia wokół się pogoda zmienia.
Wiatr się zerwał, w dół dał nurka i wydmuchał kurz z podwórka.