Lekkie Rymy

Żółw i ślimak

Zaprosił żółwia raz ślimak młody,
by razem zjedli w ogrodzie lody.
Lato wszak w pełni – bardzo gorące. 
Od świtu do nocy przygrzewa słońce.
Żółw chętnie się zgodził, by z przyjacielem,
zjeść pyszne lody w najbliższą niedzielę.
Rozstali się wkrótce, rozeszli w dwie strony,
tam, gdzie miał każdy z nich ogród zielony.
Żółw ruszył w sobotę, w drogę mozolną,
wiedząc, że rusza się bardzo wolno.
I krok za krokiem szedł niestrudzenie,
aż po ostatnie słońca promienie.
Spał każdej nocy – a zaraz potem
szedł znów od rana – sam – na piechotę.
I tak tygodnie za sobą leciały.
Liście się z drzew na żółwia sypały.
Zrobiło się chłodno i dzień się skrócił
a on szedł wytrwale i nie zawrócił.
Gdy ogród ślimaka zobaczył w końcu,
na niebie nie było śladu po słońcu.
Za to śnieg prószył i wicher wiał,
gdy żółw do ślimaka zapukać miał.
Ślimak zdziwiony spod liści spogląda,
po co żółw w zimie do niego zagląda?
Żółwiowi trudno zaś podać przyczynę:
dlaczego na lody przyszedł tu w zimę?
Napomknął o mrozie i z miną proszącą,
zaprosił ślimaka na zupę gorącą.
Ten szybko się zgodził, by z przyjacielem,
zjeść pyszną zupę w najbliższą niedzielę.
Ślimak wypełznął z podwórka w sobotę
– wszak droga daleka jest na piechotę.
I brnął przez zaspy na jednej nodze,
choć wokół mróz trzaskał i wiało srodze.
Tak tym spacerem ślimak się znurzył
– nawet nie spostrzegł, że dzień się wydłużył,
że słońce wysoko świeciło na niebie,
że śladu po śniegu nie było na glebie.
Mozolnie, powoli, w tempie ślimaczym,
szedł, aż ogródek żółwia zobaczył.
Gdy pukał w żółwia pancerz wspaniały,
żar lał się z nieba i ptaki śpiewały.
Żółw zaskoczony na niego spogląda,
po co tu ślimak latem zagląda?
A ślimak nie umie powiedzieć mu zatem,
dlaczego na zupę przyszedł tu latem.
Coś rzekł o upale i dla ochłody,
zaprosił żółwia na zimne lody.
Żółw do ślimaka znów tyle się wlókł,
że zimą na lody dotrzeć tu mógł.
A Ślimak na zupę się pofatygował,
gdy latem na dworze upał falował.
I tak do dzisiaj żółw ze ślimakiem
gonią i gonią wciąż za przysmakiem.