Siedziała na drzewie czapla z czaplęciem i – między jednym a drugim ziewnięciem –
marszczyła czoło i mocno dumała: czym by się w życiu swym zająć miała:
„Mogłabym zostać na przykład kucharzem – lub – robić pieczywo i być piekarzem.
Tworzyć bym mogła desery, obiady, bo przecież smak mam nie od parady.
Miałabym kuchnię z wielkim palnikiem, a także lodówkę z zamrażalnikiem.
A w niej jogurty, sery, mięsiwa, owoce, mleko i świeże warzywa.
W przegródkach jajka, no, a w szufladach? Wszystko, co tylko tam włożyć wypada.
Miałabym czosnek wiszący na ścianie i różne przyprawy w słoiczkach na nie.
I rondle ze złota, i ostre nożyki, patelnie, garnki, miski, koszyki.
A jako cukiernik piekłabym ciasta i sprzedawała ludziom do miasta.
Robiłabym sernik i rurki z kremem, szarlotki, rogale i bułki z dżemem,
faworki i pączki – a w nich powidła” – czapla z radości zaciera skrzydła:
„Choć z drugiej strony, przez gotowanie, utuczyć się można niespodziewanie.
A jak się roztyję, nie będę latać, tylko ogonem ziemię zamiatać.
I jeszcze od cukru, co w ciastach siedzi, to cholesterol mnie pewnie odwiedzi.
Zapcha mi żyły i zrobi ciśnienie i skończę na Ziemi swoje istnienie.”
Czapla w zadumie głową wciąż kręci, wyrzuca ten pomysł szybko z pamięci.
Ale już zaraz nowa myśl w głowie ciekawą pracę jej wnet podpowie:
„Kapitan statku to zawód przyszłości, któremu potrzeba mojej bystrości.
I siły mojej, i wielkiej odwagi, która daleka jest od rozwagi.
Mieć będę statek, ba, okręt cały, kajuty, leżaki i basen mały,
załogę prężną, co sztorm pokona i każdy mój rozkaz od ręki wykona.
A sama będę za sterem stała i wiatr w żagle statku będę łapała.
Będę pływała przez rzeki i morza, dopłynę, gdzie świeci polarna zorza,
lub też do dżungli, gdzie małp tysiące jedzą dzień cały banany pachnące.
Za dnia mnie bryza będzie chłodziła, gdy w słońcu płynąc będę błądziła.
Nocą mnie fala usypiać będzie, gdy drzemać w kajucie będę na grzędzie.
Odwiedzę wszystkie wyspy nieznane i lądy dotąd nieodwiedzane.
A może znajdę gdzieś skarb pirata, co mi bogactwo zapewni na lata?
I się o pieniądz nie będę martwiła, bo się w luksusie będę pławiła.
Być marynarzem – to moje marzenie. Choć … mnie ogarnia pewne zwątpienie:
bo ja, gdy na morzu dłużej zabawię, choroby morskiej się raczej nabawię.
No, a chorując przez czas tak długi, nic nie zobaczę z dalekiej żeglugi.
Bo leżąc plackiem z zimnym okładem, spędzę wyprawę gdzieś pod pokładem.
Nie, to nie dla mnie – morze i woda – choć wizji podróży bardzo mi szkoda.”
Czapla zmartwiona się nie poddaje – myśli, i myśli, i nie przestaje.
Ryby po stawie wodą pluskają, żaby rechoczą i świerszcze cykają.
Kwiaty podnoszą po nocy kielichy, liśćmi porusza wiaterek cichy.
Trawa podnosi się z mokrej rosy, ćwierkają wróble i gwiżdżą kosy.
Dzień się powoli wokoło budzi, a czapla siedzi i ciągle marudzi.
I nagle krzyczy w poranek mglisty: „Będę na poczcie roznosić listy!
Listonosz to fach dobry w tym względzie, że znajomości posiada się wszędzie.
Bo co dzień innego widać sąsiada i z każdym słowo zamienić wypada.
I plotki najnowsze można poznawać. Ja bym się mogła do tego nadawać!
O wszystkich wszystko będę wiedziała i dalej ciekawskim przekazywała.
Będę patrzyła jak inni mieszkają, czy kawę z rana w kubeczkach pijają.
Jakie stawiają meble przy ścianach i czy kurz mają na białych firanach.
Może mnie ciastkiem ktoś poczęstuje i zaprzyjaźnić się ze mną spróbuje?
A najfajniejsze w tym wszystkim dla mnie: skórzana torba z paskiem na ramię.
Bo ona lansuje dzisiejszą modę i pięknie podkreśli moją urodę.
Do tego uniform w ciemnym kolorze i czapla już listy roznosić może!”
Czapla aż kłapie dziobem z radości, że już znalazła zawód przyszłości.
A chwilę później refleksja wpada, co rodzi problem, i to nie lada.
Takie zajęcie, ku czapli trwodze, najpewniej zakończyć się właśnie może:
bólami skrzydeł, kolan i krzyża, co od dźwigania do ziemi się zniża.
Od torby wypchanej po brzegi listami i pracy na poczcie trwającej latami,
szybko przedźwigać się przecież można – a czapla o zdrowie jest bardzo ostrożna!
A dodatkowo przy domu – na dworze – pies biega zwykle i szczekać może.
I prawda niestety jest właśnie taka, że pies jest wrogiem każdego ptaka.
Czapla wyrzuca pomysł z pamięci, lecz oto myśl nowa po głowie się kręci:
„Zostanę na pewno nauczycielem, bo wiedzy pomieści ma głowa wiele.
Urządzę klasę dla moich dzieci, powieszę tablicę, co w nocy świeci.
Zmontuję z desek równiutkie ławki – pośród zielonej, mięciutkiej trawki.
Przytaszczę pieńki jako krzesełka, zamiast piórników będą pudełka.
Z jarzębin nawlekę liczydła na sznurki i zrobię zeszyty z burej tekturki.
Dzieci nad stawem uczyła będę i tłumaczyła rzeczy niezbędne:
jakie zwierzęta w lesie mieszkają, jakie tu ryby po stawie pływają,
jak szybko rosną kwiaty i drzewa, jaką melodię ptak każdy śpiewa,
jak drapieżnika skutecznie unikać, jak kamuflować siebie i znikać,
jak pożywienie najlepsze wybierać, jak się na zimę ciepło ubierać,
na których liściach najlepiej spać, jaki mech leśny w poduszkę pchać,
gdzie woda czysta płynie do picia, gdzie gałąź do gniazd najtrwalszych wicia.
I inne rzeczy przydatne … ale – ja cierpliwości już nie mam wcale.
Bo jak tu dzieci pilnować dzień cały, gdy one by tylko wciąż rozrabiały.
I biegać by chciały pełne swawoli, a mnie od tego głowa rozboli.
Z kondycją u mnie też nieciekawie – dyszę po byle jakiej zabawie.”
Kolejny pomysł czapla odrzuca. Zmęczona na drzewie nieco przykuca
i duma dalej, co w życiu robić, by było ciekawie i by zarobić.
Ryby ucichły dawno na stawie, drzemią zmęczone po rannej zabawie.
Cisza nastała w lesie, na łące. Ptaki umilkły spłoszone słońcem.
Dziki wtuliły się w legowisko i pochrapują przy drzewie blisko.
Słońce na czaplę z góry spogląda, a ona katalog zawodów przegląda:
„Zawód muzyka jest chyba w porządku: to praca z pasji, a nie z rozsądku.
Zapuszczę pióra po same kolana i grać będę głośno od nocy do rana.
Co prawda głosu to nie mam wcale, lecz słychać nie będzie w muzyki nawale.
Kupię: gitarę cud- elektryczną i dużą perkusję, błyszczącą, śliczną,
trąbkę, kontrabas i duże cymbałki, a do nich drewniane, rzeźbione pałki.
Zaproszę do pracy sławnych muzyków i razem stworzymy piosenek bez liku.
Będziemy śpiewać blues i balladę, disco i jazz, jak damy radę.
A jak wymowę szybką poćwiczę, to hip hop bez trudu z siebie wykrzyczę.
Pobujam się w reggae, potańczę przy pop-ie, przy rock’n’roll-u nogą pokopię,
pomacham głową przy heavy metalu – będę muzykiem w każdym mym calu.
Wszystkie gatunki połączę muzyczne, bo wszystkie dla mnie są artystyczne.”
Czapla przemyśla koncepcję dwa razy, szukając jak zwykle w zawodzie skazy.
I szybko znajduje przeróżne wady, by się nie imać muzyka posady:
„Nie wiem, czy będę żyła w zachwycie, prowadząc nie dzienne, a nocne życie.
Rytm organizmu mi się zaburzy – a to jest minus tej pracy duży.
Po drugie – od głośnych i silnych brzmień – głucha zostanę zupełnie jak pień.
Po trzecie – w gitarze od strun szarpania, pióra połamię nie do poznania.
A po ostatnie – to bezpowrotnie – głos własny stracę, a to istotne!”
Czapla wygina w zadumie głowę, czekając, aż wpadną koncepcje nowe.
Gapi bezmyślnie się gdzieś przed siebie, w głowie głęboko za myślą grzebie.
Trwa, aż teoria się nowa zrodzi. I znów pomysłowość jej nie zawodzi:
„Mogłabym uczyć się na lekarza, walczyć z wirusem, co się rozmnaża.
I mierzyć ciśnienie, i badać płuca, i garści leków co dzień przerzucać –
tych kolorowych i w różnych kształtach. Zawód lekarza to dla mnie bajka.
Chcę mieć gabinet z białymi ścianami i biurko z drzwiczkami i szufladami.
A tam recepty, pieczątki, maseczki, i pełne leków małe półeczki.
Będę przyjmować pacjentów z kolejki i dzieciom rozdawać barwne naklejki.
Chcę mierzyć ciśnienie, kości nastawiać, oglądać gardło i bańki stawiać.
Chcę mieć stetoskop, plastry, bandaże. Ale co będzie, jak się zarażę?”
I Czapla nagle strachem się wzdryga, gdy myśl natrętna w głowie jej miga:
„Zawód lekarza ma też zagrożenia, bo można nabawić się przeziębienia.
Z pracy do domu choroby przynosić, by potem samemu o leki prosić.
Zdrowie mam słabe – tym się nie chwalę – a odporności to nie mam wcale.
I to jest idea nie do przyjęcia” – więc czapla dalej szuka zajęcia:
„Może strażakiem bym dzielnym została i z wężem na wodę dzień cały latała.
Wozem czerwonym bym wszędzie jeździła, wszystkie pożary w lesie gasiła.
Na głowie nosiłabym kask błyszczący i mundur wspaniale na mnie leżący.
Przy pasku latarka by się bujała, na plecach butla z tlenem wisiała.
Blask biłby od moich złotych guzików, a także od pięknych skórzanych bucików.
Ta praca powszechny szacunek budzi – zarówno u zwierząt, jak i u ludzi.
I dzielną Czaplę podziwiałby każdy, że taki wybrała zawód odważny
i dzieciom za przykład dobry podawał. A bycie strażakiem to fajna zabawa.
Oj! Zapomniałam! Ja ognia się boję – jak gdzieś się pali – to z dala stoję.
A tam, gdzie ogień, to dym szczypie w oczy i iskra z ogniska może wyskoczyć.
Piórka mi spali i mnie poparzy, a mi bez piórek jest nie do twarzy.
Strażak to zawód nie dla mnie, szkoda, choć pewnie to fajna życiowa przygoda.”
Czapla pogrąża się dalej w zadumie i myśli głęboko jak tylko umie.
Wieczór już nastał, świerszcze cykają, gdzieniegdzie sowy w lesie hukają.
Tam dzik przebiegnie i lis się skrada, borsuków przeszła cała gromada.
Nietoperz pilnie tłustą ćmę śledzi, a czapla bez ruchu na drzewie siedzi.
Nie czuje chłodu ani ciemności, wygodniej się tylko na drzewie mości.
Noc już zapadła – wszędzie wokoło – a ona z nagła krzyczy wesoło:
„Wiem! Mam! Znalazłam, co będę robić i jak na życie mogę zarobić.
Zostanę po prostu wielkim pilotem, co lata pod niebem wciąż samolotem.
Świat zwiedzę cały, jak w oka mgnienie, bo w końcu w lataniu mam doświadczenie.
I mundur dostanę i czapkę z daszkiem – z wyszytym brokatem lecącym ptaszkiem.
Po kształtach będę chmury poznawać i świeżym powietrzem w górze napawać.
A jak już zdobędę licencję pilota, kosmos otworzy przede mną wrota.
I ruszę rakietą po mlecznej drodze” – tu Czapla puściła fantazji wodze:
„Odwiedzić księżyc i inne planety! To jest dopiero życie … o rety!
Być astronautą albo pilotem – ja właśnie na to mam w życiu ochotę.
Chce czarną dziurę z bliska oglądać, przez okulary na gwiazdy spoglądać,
dotknąć meteor w locie, gdy pędzi, zobaczyć gwiazdy w układzie łabędzi.
Będę skakała wysoko do góry po pierwszej planecie – czyli Merkurym.
Polecę na Wenus i na Jowisza. Sprawdzę, czy wszędzie panuje cisza,
czy prawdą jednak są plotki głoszone, że żyją w kosmosie ludki zielone.
Będę jeździła Saturna pierścieniem, poczuję z bliska Słońca promienie.
Pył księżycowy będę połykać i na Księżycu koziołki fikać.”
Czapla do góry podfruwa z radości, uśmiech od razu na dziobie jej gości
i wszystko by było w zupełnym porządku, gdyby nie szept czaplego rozsądku:
„Przecież latanie jest niebezpieczne – a takie wysokie – wręcz niedorzeczne.
Wszak z samolotu gruntu nie widać, a ja od dawna jestem lękliwa
i lubię ziemię czuć pod nogami i latać małymi wysokościami.
A w takim kosmosie – to dodatkowo – ciemno i zimno jest – daję słowo.
I kiedy ciemność taka tam rządzi, rakieta najpewniej szybko zabłądzi
i końcem paliwa to pewnie skutkuje, a przecież w kosmosie się nie tankuje.
A gdybym na Ziemię wrócić nie miała, to chyba bym całkiem się zapłakała.”
Czapla przykuca znów zadumana, zastyga w bezruchu – przez noc – do rana.
I wieczór następny rozważa w skupieniu, siedząc na drzewie w zupełnym milczeniu.
Nie zwraca uwagi czy ciemno, czy jasno, czy wstać już trzeba, czy może zasnąć.
Nie czuje, że czas bez przerwy jej leci, że słońce lub księżyc nad głową świeci.
I dzień za dniem powoli przybywa, gdy Czapla nagle się w górę podrywa:
„Całemu światu swój talent pokażę: zostanę po prostu sławnym pisarzem.
Będę tworzyła dzieła wciąż nowe: na przykład powieści obyczajowe,
bądź książki, co ściśle są historyczne lub te, co zupełnie są fantastyczne.
Pisać bym mogła też śmieszne komedie albo na odwrót – łzawe tragedie.
Mam wyobraźnię też na horrory, w których zaszaleć mogą potwory.
Mogę napisać życiowe dzienniki lub pełne mądrości trzy poradniki:
jeden o rybach wśród słodkiej wody, drugi – jak nie wyjść przenigdy z mody.
A trzeci? Na razie to jeszcze nie wiem – może jak siedzieć bez ruchu na drzewie?
A, że się nie chwaląc, mam wyobraźnię, to mogę pisać dzieciom fantazje:
bajki i takie tam dyrdymały, poezję i wiersze, nawet kawały.
Pomysłów nowych jest fura cała. Również do gazet będę pisała.
I scenariusze, bo jestem spryciara – na pewno dostanę za to Oskara.
Tylko chwileczkę … czy to przeszkadza, że w każdym wyrazie błąd jakiś wsadzam?
I nie mam pojęcia, bo nie wiem dosłownie, jaką ma który z wyrazów pisownię?
Czy będę miała swych czytelników, jeśli wciąż robię błędów bez liku?
Trzeba się było w szkole przykładać, zagłębiać pilnie w pisowni zasadach.
Na przykład mi wcale nie zależało, czy „ó” nad sobą kreseczkę miało.
I czy to ważne, co stoi przed „ha” i czy „zet” nie ma czy kropkę ma?
Chyba nic z tego, pisarzem nie będę więc inny zawód na pewno zdobędę”.
Czapla ze smutkiem pochyla głowę i czeka aż spadną pomysły nowe.
Tymczasem mija jesień i zima, a czapla głowę spuszczoną trzyma.
Gdy ciepła wiosna nad stawem nastała, czapla swą szyję wyprostowała,
bo wraz ze świeżym podmuchem wiosny, wspaniałe pomysły się też przyniosły:
„Już wymyśliłam: będę rolnikiem. I będę jeździła żółtym ciągnikiem.
Będę posiadać: dwa nowe traktory, stodołę, zagrodę i dwie obory.
Hodować będę: świnki i kurki oraz – dla jajek – małe przepiórki,
krowy dla mleka i kozy żwawe, by zamiast kosić, skubały mi trawę.
Chcę mieć też kaczki, bo kacze pierze każdy do pchania poduszek bierze.
Konika bym sobie karego kupiła i na nim – po polach – na oklep jeździła.
Obok zagrody szklarnię zbuduję i piękne warzywa w niej wyhoduję:
ogórki, pomidor, pory, selery, kapustę, sałatę, i dyń rzędy cztery.
I sad będę miała – a w nim owoce – co rosną we dnie, a nawet w noce.
Drzewa się będą od jabłek gięły i winogrona do góry pięły.
Zbierać do kosza będę brzoskwinie, śliwki i gruszki, i co się nawinie.
I tydzień w tydzień na rynek pojadę, by ubić interes z moim sąsiadem.
Sprzedam warzywa, owoce, zboże, jajka i pierze, i mleka morze.
I tak zarobię pieniędzy mnóstwo, że zaraz zapomnę, co to ubóstwo”.
Wszystko wydaje się czapli pięknie, gdy nagle zapał do pracy mięknie:
„Bycie rolnikiem to świetna zabawa, ale to trzeba o świcie wstawać.
Czy to jest wtorek, czy to sobota: ciągle robota i tylko robota.
Nie ma wakacji, urlopów żadnych, za to jest zadań mnóstwo poważnych:
podlać rośliny, nakarmić zwierzęta – nie tylko w tygodniu – także od święta.
Nie, to nie dla mnie ta ciężka praca, choć finansowo się pewnie opłaca”.
Czapla mamrocze i kiwa głową, wciąż rozmawiając sama ze sobą.
Na dalszym dumaniu lato jej mija i przed jesienią szybko się zwija.
Wiatr złote liście w zabawie strąca na czaplę, co siedzi ciągle myśląca.
A ona już resztki nadziei traci, że w życiu niestety się nie wzbogaci,
że nudzić się będzie z tej bezczynności, gdy nowy pomysł w jej głowie zagościł:
„Przecież ja mogę w sklepie sprzedawać, przyjmować pieniądze i resztę wydawać.
Układać towar na ladach i półkach, i jeździć drucianym wózkiem na kółkach.
W ofercie mieć będę jedzenie i picie, i wszystko, co tylko umila życie:
perfumy, ubrania, buty, krawaty, torebki w paski, torebki w kraty,
tusze i pudry, szale, apaszki i suknie z wycięciem na ptasie paszki.
I artykuły tak zwane biurowe: mazaki i kredki, zeszyty nowe,
bibułę, linijki, ołówki, zszywacze i pięknie robiące dziurki – dziurkacze.
No i zabawki, i świeże kwiaty, i braknąć nie może cukrowej waty.
Będę przy kasie pikała skanerem oraz wciskała guzików wiele.
Dzieciom rozdawać będę cukierki, co kolorowe mają papierki,
a starszym kawę mielić na deka. Zaczynam od razu – nie ma co zwlekać”.
Już Czapla skrzydła do lotu rozkłada, gdy smutna prawda do głowy jej wpada,
że liczyć to ona wręcz nie potrafi i gdy się rachunek obszerny trafi,
gdzie kilka produktów zsumować dostanie, to ona sprostać nie będzie mu w stanie.
A zaokrąglać nie można w sklepie, kto zaokrągla – ten biedę klepie.
Czapla z przymusu pomysł odrzuca, resztę zawodów w głowie przerzuca
i szukać próbuje pracy w tym względzie, co da pieniądze, a ciężka nie będzie.
I już ostatkiem sił umysłowych, wpada koncepcja jej nowa do głowy:
„Zostanę po prostu filmowym aktorem, co ciągle dostaje wspaniałe role,
i swoje wystawia w teatrze sztuki, i nosi kostiumy, i różne peruki.
I co dzień może kimś innym zostać, byleby tylko rolom mógł sprostać”.
Czapla uśmiecha się do swych marzeń: „Zawód aktora dostarcza wciąż wrażeń,
można dostawać za role nagrody, prowadzić życie pełne swobody,
pozować do zdjęcia w czerwonym dywanie, popijać koktajle – nie płacąc za nie.
Na pierwszy rzut oka to zawód bez wady, zarobić można pieniędzy pokłady.
I widza wzruszać albo rozśmieszać lub w filmie oba uczucia pomieszać.
Patrzę na siebie, na własne odbicie, i widzę urodę obecną obficie.
A to jest ważne w zawodzie aktora, by nie wyglądać jak zjawa lub zmora.”
Nie mija minuta, gdy zmarszczki srogo, na czaplim czole jawią się mnogo:
„Zawód aktora wiąże się przecież z rozpoznawaniem na całym świecie,
które poniekąd bywa męczące, gdy gonią za Tobą tłumy krzyczące
o autografy, wywiady i zdjęcia, premiery, spektakle, filmy, przyjęcia.
No i najgorsze w tym zamieszaniu – czy środek nocy, czy po śniadaniu –
wygląd aktora jest najważniejszy, aktor dbać musi o szczegół najmniejszy.
Fryzura nie może być wiatrem czesana, figura powinna być raczej zadbana
i ubiór być musi zawsze stylowy, od stóp, przez brzuch, po czubek głowy.
A jak ja będę żyła w pośpiechu, gdzie złapać nie będę mogła oddechu?
I zamiast spać w nocy i pochrapywać, będę musiała na balach bywać.
I chodzić nie będę mogła też wszędzie, bo każdy mnie ciągle zaczepiać będzie”.
Czapla zagłębia się znów w zadumie i myśli najmocniej, jak tylko umie.
Tymczasem mija lato i jesień, zima już śniegiem i mrozem się niesie,
po zimie wiosna znowu nastaje, a Czapla głowić się wciąż nie przestaje:
„Że też nie wpadłam na to od razu: będę malarzem pięknych obrazów.
Tworzyła będę barwne pejzaże oraz portrety – a na nich twarze.
Naturę nad stawem uwiecznię trwale, choć pędzla w skrzydle nie miałam wcale.
Będę malować leśne zwierzęta, by każdy wygląd ich zapamiętał.
Utrwalę słońce w jego zachodzie i księżyc, co nocą odbija się w wodzie.
A także stado dzikich łabędzi, jak w wielkim pośpiechu po niebie pędzi.
I gęsi klucze w czasie odlotów, i kaczki wśród trzcin, w czasie ich zlotów.
I dziób dzięcioła, jak w drzewo stuka, a później, jak w dziurze robaków szuka.
Wszystko, co zechcę, na płótnie utrwalę, z mojej gałęzi nie wstając wcale.
Mam dobre oko i lubię kolory – mogę malować abstrakcje i wzory.
Pomacham pędzlem we wszystkie strony i za to zarobię na pewno miliony.”
I czapla do lotu skrzydła rozkłada – po pędzle lecieć gotowa i rada.
I zanim zdążyła odlecieć stąd, wątpliwość strzeliła w Czaplę jak grom:
„Uwielbiam wszelakie kolory, ale, na swoich piórach nie cierpię ich wcale.
Przy takim mazaniu po płótnie codziennie, szorować będę się nadaremnie,
bo farba zabarwi piórka na długo – nie będę czaplą, tylko papugą”.
Zawód, choć wydał się wstępnie ciekawy, za duże w czapli wywołał obawy.
Nogi z gałęzi na dół zwiesiła i w dalszej zadumie się pogrążyła.
Doba za dobą mija bez przerwy, a ona myśli nie tracąc werwy:
„Cyrk to jest miejsce dla mnie być może. W namiocie pokaz swój własny stworzę.
Nogi mam długie, powiedzmy jak wąż, mogę po linie przechodzić wciąż.
Umiem podrzucać oraz żonglować, a także do skrzyni drewnianej się schować.
Klauna też w cyrku mogę udawać, z nosem czerwonym publiczność rozbawiać,
buty za duże na nogach nosić – w nich ciągle upadać i się podnosić.
Mogę się wspinać pod cyrku dach, słysząc z widowni okrzyki: ach!
I z wysokości zgięta na pół, do balii z wodą zeskoczyć w dół.
I mogę bez trudu, nie chwaląc się szczerze, na jednokołowym jeździć rowerze.
Będę ćwiczyła zwierzęcą tresurę” – i tu rozsądek w niej bierze górę:
„A co, jak mnie lew po scenie pogoni lub jak mnie rozdepcze stado złych słoni?
Albo jak małpa – jakaś szalona – wyrwie mi pióra z całego ogona?
A może foka, rzucając piłkami, guza nabije mi swymi płetwami?
A już nie wspomnę o paszczy lwa, gdy głowę się do niej na pokaz pcha.”
Czapli ta wizja nie odpowiada, inne pomysły bez przerwy bada:
„Może dentysta, pracownik budowy, krawiec, architekt, pszczelarz miodowy,
żołnierz, policjant, bankier i prawnik lub ktoś, kto strzyże w ogrodach trawnik,
inżynier, fryzjer i weterynarz, kaskader, lodziarz – a może młynarz?”
Czapla w zawodach różnych przebiera, rozstrzyga, gdzie większa czeka kariera.
I rok za rokiem powoli mija, to lato wita, a zima się zwija,
to znowu śniegi, a później upały, a wśród nich czapla, myśląca czas cały.
I tak bezskutecznie na drzewie dumała, aż się zupełnie tam zestarzała.
I już nie miała do pracy siły, a wszystkie plany się wnet rozmyły.
Na koniec rada, całkiem niemała: warto jest myśleć, gdy później się działa.
I jeszcze wskazówka do tejże rady: spójrz na zalety, nie szukaj wady.
– KONIEC –