Pewien ciepły, letni wiatr,
chciał raz zwiedzić cały świat.
Najpierw udał się na biegun,
by poszaleć w białym śniegu.
Zanim zdołał się rozgościć
przemarzł aż do szpiku kości.
W ciepłe kraje lot skierował
lecz się szybko rozczarował:
słońce tak go poparzyło,
że się za nim aż dymiło.
Pomknął na deszczowe lasy,
by tam spędzić swoje wczasy.
Lecz choć w deszczu było miło,
to katarem się skończyło.
Wietrzyk się po głowie klepie:
gdzie by było mu najlepiej?
Leciał tu, powiewał tam
pośród lasów, mostów, bram,
nad płotami, pod dachami,
pośród pól i nad rzekami
aż w dziecięcy pokój wpadł
i porządek cały skradł:
kopnął klocki, zajrzał w książki,
targał lalkom piękne wstążki,
jeździł autem bez benzyny,
lepił kulki z plasteliny,
zjadł ukryte gdzieś cukierki
i rozrzucił z nich papierki.
Pewnie zwiedził też Twój pokój,
gdy nie miałeś go na oku.
Tu polatał a tam postał,
zniknął a bałagan został.