Zerwał się Mikołaj z krzykiem, patrząc wokół za budzikiem.
Pewny był, że gdy zasypiał, budzik koło ucha tykał.
Dziś Wigilia – on w piżamie – trzeba znaleźć gdzieś ubranie.
Palto, spodnie, pasek nowy i Mikołaj jest gotowy.
Coś tu jednak nie pasuje, bo na stopach zimno czuje.
Więc rozgląda się przejęty – świecą w dole gołe pięty.
A gdzie buty? Może wiecie? Znalazł je na parapecie.
W biegu chwycił kawę z cukrem i rogala z białym lukrem
a gdy przełknął już śniadanie pobiegł naszykować sanie.
Kiedy tylko próg przekroczył ze zdumienia przetarł oczy.
Nie ma sani z prezentami – wokół leży śnieg zaspami.
I nie patrząc na swój wiek, rzucił się Mikołaj w śnieg.
Kopał, drążył i przerzucał, wstawał, leżał lub przykucał
idąc naprzód, potem wspak a pod śniegiem sani brak.
Gdy przekopał już połowę, chwycił roztargnioną głowę:
wczoraj płozę w nich naprawił, potem do garażu wstawił.
Sanie na śnieg wyprowadził, sam pośrodku się posadził,
cmoknął głośno razy cztery. Ale gdzie są renifery?
Wpadł Mikołaj między stajnie – renifery śpią zwyczajnie.
Szybko zbudził je gwizdaniem, po czym zaprzęgł w końcu sanie.
Pył magiczny im poprószył i w noc ciemną z blaskiem ruszył.